Odbiór z hotelu odbył się punktualnie, a samochód był czysty. Śniadanie na statku obejmowało banana, muffinkę i napój. Należy wypełnić listę pasażerów. Przewodnik bardzo się stara i wyjaśnia po angielsku zasady bezpieczeństwa. Mówi długo, ale w skrócie chodzi o to, że płynąc na wyspę, przesiadacie się do innej, mniejszej łodzi (longtail boat) i wysiadacie na pływającym pomoście. Stopy nie zmokną. Droga na wyspie to w zasadzie ciąg stromych, przypominających drabinę schodów, więc zadbajcie o odpowiednie obuwie. Ponieważ to park narodowy, nie wolno pływać w miejscach do tego nie wyznaczonych. Podczas snurkowania pożyczcie maskę od personelu na wyspie. Tylko jej nie zgubcie! Osoby planujące kajaki wsiadają do nich z rufy statku. Wtedy wartościowe rzeczy możecie włożyć do pożyczonej torby wodoodpornej i zabrać ze sobą. Ponadto w lodówce na statku jest darmowa woda, cola i sprite – można pić z kubków. Śmieci wrzucajcie do kosza. W sprzedaży są również piwo, przekąski, zupki instant oraz wodoodporne etui na telefony. Statek płynie spokojnie z prędkością około 10 węzłów. Po prostu na luzie. Po drodze sygnał telefonu czasami spada do 3G. Obiad, po powrocie mniejszą łodzią z pierwszej wyspy, podawany jest w stylu stołówkowym – nakładany porcjami na jeden talerz w odpowiedniej kolejności. To nie jest szwedzki stół. Osoby wybredne mogą mieć z tym problem. Podczas kajakowania, pływania małą łodzią i snurkowania należy założyć kamizelki ratunkowe. W drodze powrotnej nie wiadomo skąd pojawia się puszka na napiwki. To wycieczka, którą można się cieszyć nawet nie znając angielskiego. Nie należy jednak oczekiwać zbyt wiele po snurkowaniu. Nie ma tam ryb ani raf koralowych. Lepiej chyba wziąć udział w wycieczce na tę główną wyspę, czyli Koh Tao. Pod wodą jest pełno skał, więc nawet w butach do pływania stopy będą boleć. Na wyspie są prysznice i można się przebrać.